Smak ciszy Drukuj
Oceny: / 0
KiepskiBardzo dobry 
Wpisał: Kane   
14.05.2007.

Smak ciszy

Autor: Kane

Niniejszy tekst autorstwa Kane pochodzi z portalu Wrota Wyobraźni

 

***

 

Pod koronami prastarych drzew panował wieczny półmrok. Potężne pnie leśnych olbrzymów pięły się wysoko w górę, a sękate konary zdawały się dotykać sklepienia nieba. W powietrzu unosił się mocny aromat żywicznego igliwia, nieco tylko doprawiony zapachem zbutwiałych gałęzi i nieprzyjemnym odorem gnijących liści kasztanowca. Jak każdej jesieni, także i teraz przy każdym podmuchu wiatru z koron leśnych gigantów spadał wielobarwny deszcz.

Białowłosy jeździec szczelniej otulił się płaszczem, z uwagą oglądając niknący w kniei trakt. Teren wznosił się dość raptownie, zapewne stanowiąc zbocze jakiegoś większego wzniesienia, lecz opadłe liście przykrywały ziemię dywanem zbyt grubym, by dokładnie ocenić szanse bezpiecznego przejścia. Już wcześniej końskie kopyta z trudem znajdowały punkty oparcia, ślizgając się na mokrym podłożu. Teraz, przy mozolnej wędrówce pod górę, każdy krok mógł zakończyć się upadkiem...

Wreszcie mężczyzna zdecydował się i machnął zachęcająco ręką w stronę towarzyszy. Delikatnie spiął wierzchowca i ostrożnie zaczął wspinać się na szczyt wzgórza. Krzepki siwek stąpał niepewnie między poskręcanymi korzeniami, starając się prowadzić pozostałe rumaki od dawna nieuczęszczaną ścieżką.         

Przewodnik otarł pot z czoła, docierając wreszcie na szczyt. Miejsce to pozbawione było drzew, tak więc doskonale spełniło oczekiwania Zwiadowcy. Przesłoniwszy oczy smukłą dłonią, jeździec spojrzał na zachód, gdzie znużone listopadowe słońce kończyło właśnie swą codzienną wędrówkę. Białowłosy zaklął cicho, nie dostrzegając nic prócz zwartego oceanu zieleni. Tylko na horyzoncie ogromna ognista kula tonęła wśród pokrytych bezkresną puszczą wzniesień, rzucając krwawy blask na sunące po niebie chmury. Zimny, północno-wschodni wiatr niósł niepokojące wieści.         

Siwy rumak zastrzygł uszami i zarżał niespokojnie, rozgrzebując kopytami leśną ściółkę. Jego chrapy falowały, zdradzając podenerwowanie. Podobnie zresztą zachowywała się reszta wierzchowców.

- Co jest? – spytał sennie Krad, rzucając kompanom pytające spojrzenie.

- Nie mam pojęcia – Ithar wzruszył ramionami. – Konie coś wyniuchały.

- No i...? – Krad pokręcił głową, patrząc z nieukrywaną pogardą na utrudzone zwierzęta. – Przecież te pokraczne stworzenia boją się wszystkiego, co nie jest sianem lub owsem. A spróbuj nie dać im żarcia na czas, to zobaczysz, do czego są zdolne.

- Może... W każdym razie coś wyczuły. I mam wrażenie, że niekoniecznie im się to spodobało.

Jakby w odpowiedzi rumaki zaczęły przestępować z nogi na nogę, starając się dyskretnie zawrócić.

- Mają rację. Mi też nie podoba się ten zapach – rozległ się nagle nieznajomy, tubalny głos.

Obaj krasnoludowie drgnęli, w mgnieniu oka odwracając się. To samo zrobili pozostali. W jednej chwili wszyscy wpatrywali się w tego samego człowieka...

- To... To on mówi!? – wymamrotał Krad z niedowierzaniem.

- Konie są mądre. Wyczuwają niebezpieczeństwo – dodał mężczyzna, nie zwracając uwagi na ogólne zaskoczenie. Jego nozdrza powoli wciągały powietrze, wyszukując najmniejszych oznak zagrożenia. Zimne, niebieskie oczy prześlizgiwały się kolejno po twarzach kompanów, po czym znieruchomiały, uporczywie wpatrując się w punkt ponad linią drzew. Nagle oblicze wojownika wykrzywił nieokreślony grymas. Tknięci przeczuciem jeźdźcy spojrzeli za nim. Przez ułamek sekundy wydawało im się, że widzą jakiś cień.

- Wszyscy uciekać!!! – krzyknął niespodziewanie mężczyzna i zdzielił wierzchowca po zadzie. Przerażone zwierzę posłusznie ruszyło kłusem w dół zbocza, szukając najłatwiejszej drogi.

- Tchórz niegodny miana wojownika! – oburzył się Honk. – Przecież to tylko niedźwiedź! Zdjęte panicznym strachem rumaki zaczęły rżeć przeraźliwie, gdy wśród drzew rozległ się potężny ryk. Nagły podmuch powietrza wzbił w górę tumany gryzącego pyłu...

Jeźdźcy nie byli już w stanie opanować koni. Jeden po drugim zawracali i umykali, nie patrząc za plecy. Po chwili cała szóstka pędziła leśnym traktem.         

Z powrotem na południe...

***

Hojnie karmione żywicznym drewnem płomienie tańczyły radośnie na wietrze. Wesołe iskierki strzelały wysoko pod niebo, gasnąc w gęstwinie leśnych koron. Wśród wszelkich odcieni złota niekiedy pojawiały się także czerwone, a nawet niebieskie i zielone refleksy. Ognista tęcza nie była jednak zwiastunem nadziei, lecz śmierci i zniszczenia...

Przy ognisku siedział ubrany w zielony płaszcz mężczyzna. Jego zasępiona twarz, dobrze oświetlona blaskiem płomieni, zdawała się być pogrążona w głębokim śnie. Nawet wystające spod kaptura rude kosmyki nie poruszały się, dziwnym sposobem opierając się podmuchom wiatru. Potężna, nieruchoma sylwetka wojownika przypominała raczej spiżowy posąg aniżeli żywą, oddychającą istotę.         

Wokół siedzieli też inni...         

Ithar, gładzący głownię ulubionego miecza; Krad, z namaszczeniem szarpiący zmierzwioną brodę. Obaj bracia starali się zachować spokój, ale ukradkowe spojrzenia rzucane raz po raz milczącemu towarzyszowi zdradzały ich podenerwowanie.         

Obok Honk, masywny ork w złotym napierśniku, na pozór całkowicie pochłonięty chrupaniem krasnoludzkich sucharów. Dalej białowłosy Tallan, elficki przewodnik i wreszcie mag Hazel z Iopos, wierny sługa rodziny Denairastów, dowódca wyprawy.         

Wszyscy, mniej lub bardziej otwarcie, przypatrywali się zakapturzonemu kamratowi, którego imienia nawet nie znali. Od zleceniodawców misji dowiedzieli się tylko tyle, że dysponuje on niesamowitymi zdolnościami. I że zwą go Przyjacielem Kruków...

Od niego samego przez dwa tygodnie nie usłyszeli nawet słowa. Aż do dzisiejszego wieczora. Teraz jednak dziwny kompan wpatrywał się w trzaskający ogień, milcząc jak zwykle...         

W końcu Hazel postanowił rozwiać wszelkie wątpliwości, częściowo z racji sprawowanej funkcji, a poniekąd także po to, by zaspokoić wrodzoną ciekawość. Odchrząknął głośno, raz i drugi, by zwrócić na siebie uwagę. Następnie, nerwowo obracając w dłoniach różdżkę, zapytał ostrożnie:

- Tam, na szlaku, zacząłeś uciekać jako pierwszy. Myśleliśmy, że stchórzyłeś, a w rzeczywistości jako jedyny doceniłeś zagrożenie. – Tu czarownik przerwał, z szyderczym uśmiechem wpatrując się w Honka. – Czy wyjaśnisz nam, panie Przyjacielu Kruków, co takiego spotkaliśmy na swej drodze?         

Rudy mężczyzna drgnął, powoli obracając się w stronę Czarodzieja. Lodowaty blask jego oczu zmroził serca towarzyszy.

- To gorg – odrzekł cicho. – Gdyby dopadł nas zbitych w gromadę... Cóż, może połowa byłaby w stanie przetrwać pierwszy atak. A drugi? Trzeci? A następne? To było jedyne wyjście...         

Kamraci wpatrywali się w niego niepewnie. Na ich twarzach malowała się mieszanina strachu i niedowierzania. Każdy z nich doskonale zapamiętał przerażający ryk. Nie takiej jednak odpowiedzi się spodziewali. Dalej nie mieli pojęcia, co stanęło im na drodze. Ich pytające spojrzenia nadal kierowały się w stronę zakapturzonej postaci. - Na dalekiej Północy żyją stworzenia potężniejsze niż możecie to sobie wyobrazić, nawykłe do surowych warunków panujących w królestwie wiecznej zimy. Ogromne rozmiary, niepospolita siła i wytrzymałość czyni z nich bardzo groźnych przeciwników. Prócz tego wiele gatunków włada potężnymi magicznymi mocami. Gdybyśmy zostali wtedy w miejscu, gorg sprowadziłby na nas grad wielkości obsydiańskiej pięści. – W tym miejscu wrócił się do elfa – Tallanie, stare legendy twojego ludu wspominają o hvatielu, jednym z najgroźniejszych mieszkańców leśnych ostępów, prawda? Zwiadowca zbladł.

– To tylko bajki – rzekł niepewnie po chwili namysłu. – Zmyślone historie, dobre do straszenia nieposłusznych dzieci. Chyba nie myślisz, że dzisiaj zaatakował nas Siewca Lodu? To niedorzeczność.

- Hvatiel opisany jest w nich jako ogromny, szary niedźwiedź, obdarzony wielką siłą fizyczną – kontynuował niebieskooki, niezrażony opozycją Tallana. – Posiada też moc tworzenia małych chmur gradowych, zdolnych zniszczyć wszystko w promieniu kilkunastu metrów. Słusznie zwą go elfickie legendy. Właśnie tak – Siewcą Lodu. Choć nigdy nie słyszałem, by te bestie zapuszczały się tak daleko od swych siedzib. Widać, czasy się zmieniają... Czy taka odpowiedź cię zadowala, mości Hazelu z Iopos? Tu Przyjaciel Kruków umilkł, rozglądając się wokoło. Na jego obliczu zagościł wyjątkowo paskudny uśmiech.         

Towarzysze wyprawy spojrzeli bezradnie na siebie nawzajem, nie mówiąc ni słowa. Nikt nie wspominał, że będzie łatwo, ale coś takiego... Ich grobowe miny dobitnie świadczyły o nadszarpniętym morale. Jako pierwszy doszedł do siebie Honk. - Azaliż godnego przeciwnika zesłał nam Pan Thystonius, byśmy w boju męstwa swego dowiedli. Boleję jeno, że trwożliwe rumaki do haniebnej ucieczki nas przymusiły. – Widać było, że ork się rozkręca. Oczami duszy oglądał pojedynek z bestią, oczywiście zwycięski. Jego policzki nabiegły krwią, zdradzając podniecenie. – Nie cofniemy się jednak, zacni druhowie, albowiem jest to honoru sprawa. – Tu ork wstał i wyryczał w noc – Jestem gotów walczyć z tobą choćby i zaraz, potworze! Słyszysz? Wyzywam cię! Ja, Honk Straszliwy, Łupieżca nad Łupieżcami!         

Rudowłosy mężczyzna popatrzył na niego ze zdumieniem, po raz pierwszy zdradzając jakiś ślad emocji. W ułamku sekundy zdał sobie z tego sprawę i zaskoczenie zostało sprawnie zamaskowane szyderstwem. Choć doskonale wyczuwał potężne fale energii rozlewające się wokół postaci Łupieżcy, nie miał zamiaru tego okazywać.         

Ale nikt inny nie odważył się zaśmiać. Nawet Hazel przyglądał się odważnemu orkowi z nieukrywanym szacunkiem. Ithar i Krad skulili się przy ognisku, jakby w oczekiwaniu na odpowiedź bestii. Jednakże z puszczy wróciło tylko echo, nieudolnie naśladując słowa Honka.         

Tej nocy już nikt nie ważył się odzywać, szanując odwieczne Prawo Wyzwania. Tylko z nieba zaczął sypać się biały puch, litościwie przykrywając wyziębioną ziemię.         

Wokół krzyczała cisza...

 

***

 

Podniosła atmosfera poprzedniego wieczora rozmyła się krótko po wschodzie słońca. Świt witał żyjących mroźnym wiatrem i sięgającą kostek warstwą śniegu. Tym sposobem przybysze z Barsawii zrozumieli, że znaleźli się w królestwie zimy. W milczeniu zaczęli zwijać obóz, niepewni wydarzeń nadchodzącego dnia. Nie bardzo dawali wiarę słowom dziwnego kompana, ale ziarno zwątpienia zostało zasiane.         

Był jednak wśród nich ktoś, kto nie przejmował się niebezpieczeństwem...

- Potwór nie ośmielił się nas zaatakować – chełpliwie oświadczył Honk, rzucając towarzyszom wyzywające spojrzenie. – Nie przyjął wyzwania. Ktoś chyba naopowiadał nam bajek, mości panowie. – Tu zwrócił się w stronę Przyjaciela Kruków. – I co powiesz? Ty, który do sromotnej ucieczki nas przynagliłeś! Naraziłeś na szwank mój honor! Odpowiadaj! Słyszysz?         

Niebieskooki rzucił orkowi pogardliwe spojrzenie. Wtem jednak uśmiechnął się drwiąco i rzekł, naśladując Łupieżcę najwierniej jak potrafił.

– Dlaczegóż o obrazę honoru twego mnie oskarżasz? Czemuż wczoraj o sławie swej nie myśląc, na pojedynek niedźwiedzia wyzwać chciałeś? – W głosie wojownika słychać było rozbawienie. – Czy jednakowoż w zwyczaju masz z dzielnymi wiewiórkami i chwackimi bobrami na ubitej ziemi stawać?         

Hazel parsknął i natychmiast umilkł, udając, że zajmuje się swoimi sprawami. Zaraz jednak wstał i odszedł parę kroków dalej. Tylko stojący przodem do niego Tallan zauważył, że Czarodziej dusi się ze śmiechu...         

Honk poczerwieniał i w pierwszym odruchu ścisnął palcami rękojeść miecza, lecz zaraz opanował się. Zrozumiał bowiem, że mężczyzna ma rację. A co do jawnej kpiny, postanowił odłożyć zemstę na bardziej stosowny moment. Wreszcie zrobił kilka głębokich wdechów, by jego twarz nabrała normalnej barwy.

– Mniejsza o to. Chcę tylko wiedzieć, czy to, co ongiś nam rzekłeś, prawdą jest aby. Przyjaciel Kruków nieznacznie skinął głową. Jego pozbawione wyrazu spojrzenie czujnie krążyło po obozowisku, nie zatrzymując się ani na moment.

– Nadal utrzymuję, że nie mieliśmy szans w bezpośrednim starciu z gorgiem. – Tu zrobił krótką pauzę. – By go pokonać, należy działać w rozproszeniu. Wtedy nie sprowadzi gradowych chmur. Ale nawet w tym przypadku trzeba bardzo uważać. I bez używania zaklęć jest śmiertelnie groźnym przeciwnikiem, którego nie można lekceważyć. Myślę, że nie warto go atakować, jeśli on nie zrobi tego pierwszy. Jego zgładzenie nie jest przecież celem naszej misji.         

Towarzysze pokiwali głowami. Honk jednakże ponownie podjął temat, nie mogąc pozwolić sobie na kolejną porażkę.         

Kolejną plamę na honorze...

– Nasza wyprawa nie ucierpi bynajmniej, jeśli przy okazji polowanie sobie urządzimy. Doświadczenie w takich sprawach mamy. Prawda, bratkowie? – spojrzenie orka powędrowało ku najniższym towarzyszom, szukając u nich wsparcia. Oblicza obu krasnoludów rozjaśniły się.

– Racja! – przytaknęli zgodnie. Krad otworzył usta, by powiedzieć coś więcej, ale ork nie dał mu dojść do słowa. Wiedział już, że odniósł zwycięstwo.

– Walka z takim przeciwnikiem wielką chwałę przynosi, ale by godnie Pana Thystoniusa uczcić, wpierw trzeba się do niej godziwie przygotować. Wszechświat pomaga tym, którzy o pomoc się do niego zwracają. – To rzekłszy, Łupieżca wziął w lewą rękę tarczę, w prawą miecz i usiadł wygodnie obok pogorzeliska.         

Przez umysł Przyjaciela Kruków przemknął dziwny cień. Już wiedział, co nie dawało mu spokoju. Nim ork zdążył wykonać jakiś ruch, mężczyzna błyskawicznie doskoczył do niego i wyrwał oręż, odrzucając w zaspę. Zaskoczeni kompani instynktownie sięgnęli po swą broń.         

Rudowłosy nie zwracał jednak na nich uwagi. Zdecydowanym ruchem rozpostarł szeroko ramiona, a jego oczy zaszły bielmem. Teraz patrzył w Noc, tę prawdziwą, poza znanymi wymiarami przestrzeni. Wtem zachwiał się, a jego udręczone wargi wypowiedziały tylko – Nie ważcie się korzystać z astralnej energii świata. To miejsce jest przeklęte...         

Jakby w odpowiedzi szarość poranka na powrót ustąpiła miejsca cieniom przedświtu. Wszystkie kontury uległy rozmyciu, każdy kolor zdawał się być przesycony cieniem... Na moment zerwał się też silny wiatr, rozchylając poły zielonego płaszcza, odsłaniając znajdującą się pod spodem czarną szatę zdobioną misternymi, złotymi wzorami. Na ten widok Hazel rozszerzył oczy ze zdumienia. – Co u licha...? – pomyślał tylko, rozglądając się z niedowierzaniem. Zdał sobie sprawę, że świat zastygł w groteskowej pozie, opierając się w jakiś niebywały sposób tchnieniu Czasu.         

A może to Czas zatrzymał się i spojrzał za siebie, z żalem wspominając utraconą młodość...?         

Po chwili jednakże wicher ucichł i zrobiło się jakby jaśniej, a Przyjaciel Kruków usiadł ciężko na ziemi. Przez krótką chwilę wydawał się być oszołomiony.         

Honk ostrożnie zebrał swój oręż, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia z krasnoludami. Ich palce zaciskały się na rękojeściach mieczy.

- Czarna magia – wycedził Krad, spluwając z obrzydzeniem w popiół.

- Przeklęty pomiot Horrorów! – dodał Ithar gniewnie. Nie wiedział, jak blisko prawdy się znalazł...         

Obaj brodacze zmierzali ostrożnie w kierunku siedzącego. Na ich twarzach malował się strach, ale także determinacja.

- Stójcie! – rozkazał Hazel. Jego wyśmienity nastrój zniknął w ułamku sekundy. – Ja tu dowodzę! I powiadam, że ten człowiek jest nam potrzebny! Napastnicy zawahali się. W samą porę, albowiem dłoń Przyjaciela Kruków niepostrzeżenie zmierzała już ku zdobionej zielonymi szmaragdami głowni. Zatrzymała się w ostatniej chwili...         

Ciemnowłosy Czarodziej rozejrzał się gniewnie wokół, mimowolnie oceniając szanse wystąpienia jawnej niesubordynacji. W Iopos kazałby po prostu powiesić nieposłusznych, ale tu, na niegościnnej ziemi, gdzie nie sięga już władza Denairastów...

- Rozkaz to rozkaz – wymamrotali wreszcie bracia.

- Jak tam chcesz. Odpowiesz za to głową – dodał poirytowany Honk, gubiąc gdzieś po drodze swój podniosły styl. Po chwili cała trójka oddaliła się od obozowiska, rzucając pozostałym złowrogie spojrzenia. Echa ich przekleństw długo jeszcze rozbrzmiewały pośród drzew... Hazel i Tallan odprowadzili kamratów wzrokiem. Elf głośno wypuścił powietrze z płuc. Dopiero teraz zorientował się, że przez cały ten czas wstrzymywał oddech...

- Powinni być ci wdzięczni, mości Hazelu z Iopos – cicho rzekł rudowłosy. – Uratowałeś im życie. – Lodowaty ton jego głosu sugerował, że wcale nie był to żart.         

Nagle w powietrzu rozległ się głuchy dźwięk, dziwnie przypominający odgłos uderzania mieczem o tarczę. Towarzyszyły mu rytualne okrzyki bojowe krasnoludzkich Wojowników. Przyjaciel Kruków odwrócił się w ich stronę i dodał:

- Lecz twój trud okaże się daremny...

 

***

 

Kawalkada jeźdźców sunęła niespiesznie leśnym traktem. Lecz tym razem nie prowadził jej białowłosy Zwiadowca. Elf posłusznie oddał swe miejsce żądającemu tego Honkowi. Orka flankowali Ithar i Krad, jadąc o pół długości konia za nim. Ich dumne oblicza świadczyły o znaczeniu, jakie przypisywali swej zaszczytnej pozycji...         

Kilka metrów za nimi niczym cień podążał Tallan, słusznie rozumiejąc, że nie należy pozwolić, by niedoświadczeni tropiciele prowadzili oddział bez żadnego nadzoru.         

Na samym końcu jechali obaj przedstawiciele rasy ludzkiej, wymieniając zdawkowe uwagi na temat tego bezkrwawego, jak na razie, zamachu na pozycję Czarodzieja. Rudowłosy zdawał się nie przejmować zaistniałą sytuacją, co jeszcze bardziej smuciło maga.         

Ale Hazel nie był głupi. Od dziecka uczono go, że lepiej stawać po stronie zwycięzców. Instynktownie wyczuwał, wbrew wszelkim logicznym przesłankom, kto ma największe szanse w przypadku bezpośredniej konfrontacji...         

Wreszcie, po kilku minutach milczenia, zausznik Denairastów postanowił podjąć temat porannych wydarzeń.

- W tym, co powiedziałeś, nie ma na pozór najmniejszego sensu. Ani throalska, ani tym bardziej therańska teoria magii nie wspomina ni słowem o niebezpieczeństwach wynikających z odprawiania rytuałów karmicznych na terenach skażonych przez Horrory. Hazel przerwał, oczekując jakiegoś komentarza. Ale zakapturzony mężczyzna kiwał się tylko w siodle, sprawiając wrażenie całkowicie zasłuchanego. Widząc to, Czarodziej uśmiechnął się pod nosem i powrócił do wątku.

– Ale przyznam, że twoje stanowisko brzmi całkiem rozsądnie. Niezmiernie rzadko słucham rad nieznajomych, ale tym razem zrobiłem wyjątek. Intuicja podpowiada mi, że wyjdzie mi to na dobre.

Tu urwał i spojrzał na awangardę kolumny, po czym dodał cicho:

– Oni cię nie posłuchali. Zobaczymy, kto miał rację...

Niebieskooki chrząknął tylko, wydając przy tym świszczący dźwięk. Hazel odebrał to jako zachętę do dalszych wynurzeń.

– Lecz powiedz mi, w jaki sposób można udowodnić twoją teorię? Co z Prawem Podobieństwa? Czy nie ma tutaj sprzeczności z fundamentalnymi zasadami przepływu energii? A co będzie, jeżeli trafimy na lokalne zawirowanie mocy? – Potężna sylwetka wojownika przechyliła się z lekka do przodu i oparła wygodnie na końskim karku...         

Kolejne uwagi maga zdawały się być tylko rozmytymi plamami cienia dryfującymi przez zakamarki świadomości. – ... A przecież istnieje jeszcze immanentna influencja... ...fluktuacji między wymiarami... ...destabilizacja przestrzeni astralnej... ... ...dawne koncepcje... ...hermetycznej... ... ....albowiem... ...magii... ...praw... ... ... ... ...         

Lecz Przyjaciel Kruków już go nie słuchał. Pogrążył się w głębokim śnie, a jego duch błądził zdradliwymi ścieżkami krainy umarłych.

Jak zwykle.

Jak codziennie od owego straszliwego dnia, gdy stracił swe prawdziwe Imię...

 

***

 

Sześciu wędrowców...

Każdy nich z uwagą obserwował otoczenie. Wszyscy wypatrywali wszelkich oznak niebezpieczeństwa...

Nikt nie dostrzegł go w porę...         

Nikt nie spodziewał się, że z nieba spadnie lodowy deszcz. Pierwsza gruda wielkości wietrzniackiej głowy trafiła rumaka, na którym jechał Ithar. Uderzenie było tak silne, że zwierzę zatoczyło się i padło, wrzucając jeźdźca w zaspę. Krasnolud zdążył tylko dostrzec, jak pod gradowym ostrzałem padają pozostali.

– Pod drzewa! – krzyknął Przyjaciel Kruków, samemu kryjąc się za najbliższym pniem.

Towarzyszom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zaczęli rozpaczliwie szukać jakiejś kryjówki. Zdążyli w ostatniej chwili...         

Zaraz potem wokół rozpętało się lodowe piekło...         

W ciągu paru chwil powietrze zgęstniało, zapełniając się miliardami płatków śniegu. Biały puch wdzierał się do ust i nosów, uniemożliwiając oddychanie. Lodowe kule śmigały pod wszystkimi możliwymi kątami. Ich złowieszczy świst był w stanie zmrozić nawet najodważniejsze serce. Zwłaszcza, że towarzyszył mu chrapliwy, wibrujący ryk...         

Wtem śnieżyca ucichła, równie niespodziewanie jak się pojawiła. Pierwszy spod śniegu wygrzebał się Tallan. Białowłosy zamarł z przerażenia, kiedy dostrzegł tego, z którym przyszło im się zmierzyć...         

Bestia stała pięćdziesiąt kroków dalej. Masywne cielsko Siewcy Lodu spoczywało na grubych niczym pnie tylnych łapach. Przednie, pokryte grubą warstwą śniegu, były opuszczone wzdłuż ciała. Na ich końcach złowróżbnie połyskiwały pazury długości sztyletów. Nieproporcjonalnie wielka głowa mieściła równie wielką paszczę, usłaną kilkoma rzędami kłów.         

Elf wzdrygnął się na ten widok. Wiedziony tajemniczym nakazem, spojrzał w ogromne ślepia hvatiela. Zobaczył w nich żądzę mordu – pielęgnowany od pokoleń instynkt drapieżcy... Tallan kątem oka dostrzegł, że towarzysze w końcu podnieśli się z ziemi. W ich dłoniach połyskiwały ostrza mieczy. Tylko Hazel i Przyjaciel Kruków nie dobyli broni, koncentrując się zapewne na jakichś zaklęciach.         

I wtedy bestia niespodziewanie opadła na cztery łapy. I zaatakowała z całą mocą, jaką dała jej Matka Natura...         

W pierwszym szeregu natychmiast stanął Honk, a za nim Krad wraz z Itharem. W obliczu takiego niebezpieczeństwa starszy z braci bez wahania sięgnął po karmę...         

I nagle świat zawirował mu pod stopami...         

Rzeczywistość zamieniła się w upiorny sen...         

Najpierw potężne uderzenie ohydnej łapy. Chrzęst pękających blach, chrupot miażdżonych żeber. Niepowstrzymana fala obezwładniającego bólu. Krótki lot zakończony głuchym upadkiem. Pulsująca, czerwona plama przed udręczonymi oczami. I triumfalny ryk bestii, zamierzającej się do kolejnego ciosu.         

Nagły rozbłysk stu tysięcy słońc...         

Supernowa zmysłów. Obrazy przewijające się w rozbudzonym nagle umyśle. Całe dotychczasowe życie w najdrobniejszych szczegółach. Dawno niewidziane twarze, z trudem rozpoznawane głosy, zapomniane gesty. Wszystkie subtelne odcienie barw, ulotne zapachy. Wspomnienie świątecznego obiadu w gronie rodziny. Chropowata powierzchnia ulubionego kufla. Uczucie błogiego spokoju po kilku piwach. Słodycz szczęścia i gorycz smutku...         

I przez cały czas to irytujące dudnienie...

- Co u...? – pomyślał krasnolud, a było to jego pierwsza trzeźwa myśl od momentu uderzenia. Nie wiedział, jak długo był nieprzytomny. Sądząc po odgłosach, walka rozgorzała na dobre...         

Ithar otworzył oczy, ale w pierwszym momencie zobaczył tylko plamę szkarłatu. Za to doskonale usłyszał ochrypły, basowy okrzyk wojenny Honka. Łupieżca w bitewnym uniesieniu szarżował na bestię, dzierżąc oburącz ogromny miecz. Lecz stwór okazał się szybszy... Jego monstrualne szczęki błyskawicznie zacisnęły się na korpusie orka, zamieniając chrapliwy okrzyk w piskliwy falset. Ithar z przerażeniem obserwował, jak hvatiel miażdży zbroję Łupieżcy. Wtem bestia stanęła na tylnych łapach, unosząc nieszczęśnika wysoko w górę. Ork zdołał jeszcze zadać rozpaczliwy cios w ramię, po czym znieruchomiał...         

Nagle wśród drzew zamajaczyła się ognista kula, a do nozdrzy krasnoluda doleciała ostra woń palonego ciała. Siewca Lodu zaskowyczał z bólu, upuszczając bezwładne już ciało. Spojrzał nienawistnym wzrokiem na Hazela, który właśnie szykował kolejny pocisk. Warknął gniewnie i ruszył do ataku...         

Hazel starał się jak mógł, by utkać kolejny wątek i dopaść bestię, zanim ona dopadnie jego. Lecz w którymś momencie zrozumiał, że nie zdąży. Niepowstrzymana fala przerażenia spowodowała, że utracił zdolność koncentracji. Stał teraz naprzeciw wcielonego żywiołu, tak boleśnie świadomy nieuchronnej zagłady, z oczami wpatrzonymi w niebyt...

- Tulla Xengnirr... – wyszeptał powoli Przyjaciel Kruków, odrzucając podróżny płaszcz. Pod spodem lśniły złote sploty jedwabnej nici, przedstawiające jakieś tajemnicze znaki. Ich migotanie na tle czarnej niczym noc szaty przypominało widok rozgwieżdżonego nieba.         

Wokół postaci mężczyzny w szalonym tempie wirowały białe wiązki mocy, tworząc coś na kształt niematerialnej osłony. Eteryczna poświata pulsowała w rytm uderzeń serca niebieskookiego. Lecz co trzy skurcze pojawiał się jakiś obcy akcent, potężne zachwianie równowagi. Wyglądało to tak, jakby w piersi Przyjaciela Kruków biły dwa serca. Jedno – jego własne, drugie – o wiele większe, przesiąknięte potężną, złą mocą, należące do bytu pochodzącego z najczarniejszych otchłani Wszechświata...

Mężczyzna skupił się, pozwalając Istocie przejąć na chwilę władzę nad swoim ciałem. Powietrze jakby stężało, wypełniając się zapachem ozonu.         

Hvatiel zawahał się, lecz było już za późno...         

Rudowłosy klasnął w dłonie, a spomiędzy nich wystrzeliła oślepiająco jasna błyskawica. Strumień energii przemknął między drzewami, by z zadziwiającą celnością trafić Siewcę Lodu. Ten zawył straszliwie i padł bez czucia. Po jego ciele jeszcze przez chwilę błądziły świetliste pasemka, by w końcu zniknąć bez śladu.         

Zupełnie oszołomiony Hazel popatrzył tępym wzrokiem na wybawcę, po czym osunął się bezwładnie na kolana...         

Świat zamarł, karmiąc swoich mieszkańców nieznośnych smakiem ciszy. Nawet najsubtelniejszy dźwięk nie ważył się zakłócić tego monumentalnego misterium śmierci.         

Lecz Przyjaciel Kruków uśmiechał się tylko okrutnie, a jego oczy płonęły bezlitosnym blaskiem. Z satysfakcją oglądał pole bitwy, sycąc się widokiem tych już martwych i tych jeszcze umierających.         

Na pobliskich drzewach jakby znikąd pojawiły się czarne jak smoła ptaki.         

Rozlana na śniegu krew zaczęła już wsiąkać w spragnioną ziemię...

 


Komentarze z Wrót Wyobraźni


~Nixos o godzinie: 12:18:29 dnia: 29.06.06

Bardzo fajne, klimatyczne opowiadanie. Nutka tajemniczości wokół Przyjaciela Kruków utrzymuje się do samego końca pozostawiając czytelnika w niepewności. Widać tutaj mocne odwołanie do tektu tegoż autora "Rytuały Karmiczne", który tłumaczy splugawienie karmy. Mam jednak nadzieję, że sam Siewca Lodu zostanie jeszcze opisany osobno. Pozdrawiam!


Odsłon: 282

  Skomentuj

Napisz komentarz
  • Treść komentarza powinna być związana z tematem artykułu.
  • Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
Imię:
Tytuł:
BBCode:Web AddressEmail AddressBold TextItalic TextUnderlined TextQuoteCodeOpen ListList ItemClose List
Komentarz:

Ochrona:* Code

Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6
AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com
All right reserved

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »